wtorek, 17 października 2017

Chorągiew wyborna (ale spośród zapasowych)


Znalazłem bardzo ciekawy cytat[1] dotyczący sztandaru przekazanego wolnym Kozakom w Carstwie Moskiewskim. Flagi były wszak ważnym symbolem, nic więc dziwnego, że darowując takową kozackiemu „hetmanowi” starano się go sobie zjednać:
Roku 7140[2], miesiąca stycznia, dnia 14, nakazał Car[3] przysłać do Urzędu Spraw Zagranicznych chorągiew wyborną, wybraną spośród chorągwi zapasowych, a następnie wysłać tę chorągiew dowódcy Kozaków Tulskich i Dnieprowskich, Iwanowi Worypajowi. Chorągiew ta z weneckiego adamaszku: obwódka czerwona, w środku dwa pola żółte i pola czarne, na czarnym polu wszędzie tafta czerwona, tafty w nim 2 arszyny 6 werszków[4]; po 26 ałtynów za 4 arszyny; odebrał poddiaczy Isaj Rtiszcziew.



[1] W tłumaczeniu Jurija Sawczuka.
[2] Czyli używając bardziej swojskiej terminologii – 1632 roku.
[3] Michał I.
[4] Jeden werszek to ok. 4.45 cm, arszyn składał się z 16 werszków. 

poniedziałek, 16 października 2017

Zamierzając się pięścią chciał mu wyciąć policzek


W czasie obrad XVII-wiecznego sejmu i senatu Rzplitej nierzadko dochodziło do utarczek słownych między posłami i senatorami, czasami brano się jednak dosyć dosłownie „za łby”. Taki  oto przypadek z kwietnia 1689 roku przytoczył w swoim liście nuncjusz papieski Jacob Cantelmi:
Tymczasem król siedział na tronie, cały senat był w izbie, gdzie odnowiły się wzajemne przycinki pomiędzy posłami koronnymi i litewskimi, do których przyczyniali się także senatorowie, a w szczególności biskup wileński (Konstanty Brzostowski), który słysząc że jeden z Litwinów (Dąbrowski) nazwał posłem królewskim kogoś (Grothusa kasztelana żmudzkiego) krzątającego się po izbie, ostro zgromił rzeczonego Litwina, nazywając go, jak mówią, skurwysynem, na co gdy ten zuchwale i podobnym wyrazem odpowiedział, przybiegło wielu w pomoc biskupowi, między innymi wojewoda malborski[1] przyskoczył do posła litewskiego i zamierzając się pięścią chciał mu wyciąć policzek. Nie przyszło wprawdzie do tego, dzięki kardynałowi prymasowi[2], który mających rzucić się na siebie rozbroił, ale wszyscy porwali się do szabel i cudem stało się, że nie przyszło do krwi rozlewu.



[1] Ernest Denhoff.   
[2] Michał Stefan Radziejowski. 

środa, 11 października 2017

W wielkim i ciężkim turbanie, biegle władając szablą


Nasz dobry blogowy znajomy – pułkownik Jean de la Colonie – po wojnie o sukcesję hiszpańską miał okazję walczyć przeciw Turkom w czasie konfliktu austriacko-tureckiego 1716-1718. Pamiętnikarz zostawił po sobie bardzo ciekawe opisy wojsk tureckich, poniżej drobny fragment. Jak zwykle to tłumaczenie własne z wersji angielskiej, a jako że łeb mi dzisiaj pęka od samego rana, to tłumaczenia będzie baaaaardzo luźne:
Ich jedyna szansa na sukces leży w przewadze liczebnej lub w jakowymś [szczęśliwym] przypadku, kiedy to Turcy okazują się o wiele bardziej niebezpieczni niźli inny przeciwnik; są tak aktywni i szarżują z takim impetem, choć bez większego porządku, że jeżeli ich przeciwnik raz pokaże im plecy, to może tylko ratować się ucieczką. Są niezwykle biegli w używaniu szabli, te które mają są z reguły naprawdę wspaniałej jakości, a oni tak potrafią ich używać, że jeżeli przeciwnik zacznie przed nimi uciekać, w niezwykle krótkim czasie [Turcy] potrafią go zmasakrować.
Inne uzbrojenie zależy od tego jakie narody wchodzą w skład armii; niektórzy mają muszkiety, tak jak janczarzy – w przypadku ludzi zwanych Arnautami ich broń ma długą lufę i duży zasięg; inni z wielką biegłością rzucają oszczepami; kolejni mają łuki i strzały, a jeszcze inni używają kopii[1], będących rodzajem lancy[2] czy pół-piki. Konni oprócz szabli mają krótkie muszkiety, nie noszą jednak pistoletów.
Nie ma żadnych reguł dotyczących strojów. Janczarzy jak i większość Turków ma duże, ciężkie turbany, długie stroje i bardzo szerokie spodnie, związane wokół kostki. Inni noszą [spodnie] bardzo obcisłe poniżej kolana, kurtki do połowy ciała i nader liche turbany. Niektórzy mają kaftan sięgający ledwie do pasa, z bardzo obcisłymi rękawami, które kończą się na łokciu; ich spodnie są krótki i kończą się na kolanie, mają [więc] gołe nogi i ręce, a z małymi czerwonymi czapeczkami na głowach wyglądają jak galernicy. Jeszcze inni ubrani są w szmaty i łachmany, którymi opatulają się zależnie od pogody.
Przy innej okazji zamieszczę kolejne fragmenty, bo obserwacje de la Colonie są nader ciekawe.



[1] W angielskim tłumaczeniu mamy słowo ‘coupies’.
[2] Czy kopii właśnie…

wtorek, 10 października 2017

Oficerowie leibkompanii naszych cudzoziemskich - uzupełnienie


Kilka lat temu wrzuciłem  drobną notkę dotyczącą oficerów piechoty cudzoziemskiej i dragonii w armii Koniecpolskiego w Prusach w okresie 1626-1629. Trochę informacji od tego czasu przybyło, doszło nieco oficerów, kilku udało się nieco dokładniej zidentyfikować. Najnowszy plik (wciąż bez przypisów, sparzyłem się tekstami o rajtarii i już takiego błędu nie powtórzę) można sprawdzić tutaj

poniedziałek, 9 października 2017

Rosyjski żołnierz lepszy jest broniąc jakowegoś zamku czy miasta


Po paru latach wracamy do Gilesa Fletchera i jego opisu Państwa Moskiewskiego. Pozostaniemy w klimatach wojennych, tym razem nieco o artylerii i walkach z Polakami:
Nie biorą ze sobą wiele artylerii [na kampanię] gdy przyjdzie im się potykać z Tatarami; kiedy jednak przychodzi walczyć z Polakami (których wyżej sobie cenią jako przeciwników) ruszają dobrze zaopatrzeni w [działa i] amunicję i wszelkie niezbędne zapasy. Powiada się, że żaden z chrześcijańskich władców nie ma większych zapasów dział i amunicji niż car Rosji. Duża w tym zasługa arsenału w Moskwie, gdzie mają niezwykle dużo  wielkich dział, wszystkie z nich mosiężne, bardzo porządnie wykonane.
Mówi się, że rosyjski żołnierz lepszy jest broniąc jakowegoś zamku czy miasta, niźli stając do walnego starcia poza granicami swego kraju. Dobrze na to wskazują [poprzednie] wojny, zwłaszcza oblężenie Pskowa, które miało miejsce osiem lat temu. Kiedy to udało się [Moskwie] odeprzeć polskiego króla Stefana Batorego, z całą jego armią licząca 100 000 ludzi, zmuszając go do zwinięcia oblężenia, w którym stracił wielu swoich najlepszych kapitanów i żołnierzy.

Za to w walnej bitwie moskiewski zawsze jest gorszy od Polaków i Szwedów. 

czwartek, 5 października 2017

Kącik polemiki - odsłona V


Generalnie staram się na blogu unikać współczesnej polityki, a także i historii spoza interesującego mnie okresu, czyli XVI-XVIII wieku. Tym razem jednak nie mogę sobie darować kilku słów.
Jarosław Szarek, prezes IPN miał 4 października tego roku tak oto powiedzieć do studentów Akademii Sztuki Wojennej (grafika z FB IPNu):

Prezes jest doktorem nauk humanistycznych, obronił w 2011 roku pracę zatytułowaną „Działalność Służby Bezpieczeństwa wobec młodzieży akademickiej Krakowa w latach 1970-1980”, nic więc dziwnego, że ma – jak widać – brak jeżeli chodzi o wiedzę historyczną o wiekach wcześniejszych. Już samo zdanie o kradzieży Wojska Polskiego przez komunistów wzbudza lekkie uśmiech politowania (komu ukradli, kto odzyskał, co, jak i dlaczego?), ale to odwołanie się do ratowania Europy wymaga chwili zastanowienia.

O ile bez większego problemu można się zgodzić z rolą bitwy warszawskiej (biorąc pod uwagę sytuację wielu krajów Europy po Wielkiej Wojnie) to już kwestia odsieczy Wiednia z 1683 roku i owego ‘ratowania’ tam Europy to temat na długą dyskusję. Rozumiem że w obecnej sytuacji politycznej kwestia odsieczy wiedeńskiej i pokonania armii tureckiej jest nader często tematem który przewija się w polskich mediach, jednak nie bierze się przy tym pod uwagę całej sytuacji geopolitycznej ówczesnej Europy. W Londynie, Sztokholmie, Kopenhadze czy Madrycie ( o Paryżu już nie wspominając) nie panikowano bowiem w 1683 roku z powodu wyprawy tureckiej, nie organizowano posiłków dla cesarza jak miało to miejsce 20 lat wcześniej. Ale też dr Szarek zapewne nie słyszał nigdy o wojnie Cesarstwa w Turcją w latach 1663-1664, kiedy to nawet Szwedzi i Francuzi przysłali swoje kontyngenty do walki z wojskami sułtana.  No ale przecież w wojnie tej nie brała udziału polska husaria, więc po co o tym mówić. Zostawmy jednak w spokoju Wiedeń, gdzie Polacy faktycznie odegrali ważną rolę jako część (podkreślmy to – część) armii koalicyjnej, bo została nam z tej wypowiedzi istna perełka.

Mamy tu bowiem jeszcze bitwę pod Legnicą w 1241 roku jako wydarzenie w którym ‘armia Rzeczypospolitej ratowała Europę’. Uff, to jest naprawdę działo ciężkiego kalibru. Może dr Szarek słyszał kiedyś o rozbiciu dzielnicowym, ale wiedza te musiał mu przejść koło uszu. O Unii Lubelskiej pewnie  nie słyszał, wiedziałby bowiem od którego momentu możemy mówić w Polsce o Rzeczpospolitej. Przypomnę, w bitwie pod Legnicą, sojusznicza armia składała się z wojsk różnych księstw: ze Śląska, Wielkopolski, ziemi krakowskiej. Udział brali też templariusze, joannici i być może Krzyżacy. Do tego dodajmy Morawian i niemieckich górników. Co jest rzeczą oczywistą nawet dla leniwego czytelnika Wikipedii, sprzymierzeni tej bitwy nie wygrali. To armia mongolska zwyciężyła w starciu, rozbijając armię dowodzoną przez Henryka II Pobożnego. Sam książę śląski, krakowski i wielkopolski zginął w bitwie lub został ścięty przez zwycięzców. Sam bitwa w żaden sposób nie mogła też ‘ratować Europy’, jako że zgrupowanie mongolskie było tylko silny zagonem dywersyjnym. Główna armia mongolska walczyła bowiem wtedy pod dowództwem Batu Chana na Węgrzech, gdzie w tymże roku w bitwie na równinie Mohi/nad rzeką Tiszą pokonała wojska węgierskie.


To naprawdę żenujące, że historyk – nawet zajmujący się historią współczesną – nie mógł się porządnie przygotować i wygłosił takie straszne banialuki przed grupą studentów. Co gorsza, IPN chwali się tą wypowiedzią w formie ‘mema’ na swojej oficjalnej stronie FB, mimo wielu komentarzy których autorzy komentują ewidentne błędy. Może trzeba zorganizować jakieś specjalne kursy dla szefów Instytutu Pamięci Narodowej, żeby nieco lepiej zapoznali się z historią własnego kraju? 

Wojna drążnicza


27 listopada 1592 roku w Sztokholmie zmarł Jan III Waza, król Szwecji. Jego najstarszy syn, miłościwie nam panujący w Polsce i na Litwie Zygmunt III, postanowił się udać do Sztokholmu, by objąć tron po zmarłym tatku. Przygotowania i formalności nieco trwały, w końcu jednak latem 1593 roku Zygmunt III dotarł do Gdańska, gdzie szykowała się jego wyprawa do ojczystego kraju. W czasie jego pobytu w tym mieście doszło do krwawego tumultu, spowodowanego głupim wypadkiem z udziałem drążnika (tragarza). Oddajmy głos biskupowi Pawłowi Piaseckiemu, który opisze nam jak doszło do rozróby: