środa, 26 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXIII


Dziś kontynuujemy ze zbiorami z Prado w Madrycie, dalej w temacie hiszpańskich wypraw kolonialnych. Tym razem obraz namalowany przez Felixa Castello (1595-1651), zatytułowany Odbicie wyspy San Cristobal. Jest to miejsce które winno być bliskie naszym sercom – chodzi wszak o St. Kitts i Neves, czyli kolebkę osławionego San Escobar!
Hiszpańska wyprawa, licząca 4000 ludzi na 20 okrętów, latem i jesienią 1629 roku wyrzuciła angielskich i francuskich osadników z owych wysp. Atakiem dowodził pan którego widzimy po prawej strony (w szykownym kapeluszu i czerwonej szarfie) czyli Fadrique de Toledo Osorio, dowódca wojsk hiszpańskich w Brazylii. Co ciekawe, w czasie kiedy powstawał ów obraz (koniec 1633 roku) de Toledo, po sporach z wszechwładnym Olivaresem, został pozbawiony wszelkich tytułów i wtrącany do więzienia. Został jednak szybko zrehabilitowany przez króla Filipa IV: udana ekspedycja, jak i kilka jego wcześniejszych wypraw, zapewniły mu w styczniu 1634 roku tytuł markiza de Villanueva y Valdueza. Niestety spór z Olivaresem i trudy żołnierskiego żywota podkopały mu zdrowie, zmarł bowiem w grudniu tego samego roku.

Po jego prawej stronie widzimy kolejnego hiszpańskiego oficera, prawdopodobnie jest to maestro de campo Pedro de Osorio. Na pierwszym planie po lewej stronie możemy podziwiać lądujące tercios, zwracają uwagę detale strojów i sztandarów. Na drugim planie widzimy szturmy na forty oraz hiszpańską flotę. To kolejny z przepięknych obrazów ukazujących XVII-wieczną armię hiszpańską, wspaniała ilość szczegółów które można bez końca podziwiać. 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXII


Wracamy do klimatów hiszpańskich, acz z nutką niderlandzką. Dzisiaj obraz, nad którym pracowało aż trzech malarzy. Pracę zaczął w 1634 roku Eugenio Cajes (1574-1634(, który jednak zmarł przed ukończeniem dzieła. Obraz przypadł więc w udziale spółce Antonio de Puga (1602-1648) i Luis Fernandez (1594-1654), którzy dokończyli go w 1635 roku.

A cóż to mamy na płótnie? To „Odzyskanie [miasta] San Juan w Puerto Rico”, przedstawiające niderlandzko-hiszpańskie starcia z jesieni 1625 roku. Panowie na pierwszym planie to hiszpański gubernator Juan de Garo i kapitan Juan de Amezqueta, dzielny dowódca fortu El Morro. Forteczkę tę widzimy zresztą na drugim planie, hiszpańscy obrońcy ostrzeliwują z niej niderlandzkie okręty. Po prawej stronie widzimy zacięte starcie: z jednej strony walczą tam hiszpańskie oddziały regularne i lokalna milicja, z drugiej niderlandzcy piechurzy. W tle płonie miasto San Juan, zrabowane a potem  podpalone na rozkaz dowodzącego atakiem Boudewijna Hendricksza. Pokonani wojacy Zjednoczonych Prowincji uciekają na plażę, skąd łodzie zabierają ich na pokłady okrętów. Cała kolonialna kampania na jednym obrazie, z pięknym studium strojów z epoki – od niderlandzkich piechurów po hiszpańskich oficerów. Płótno znajduje się obecnie w kolekcji  Museo Nacional Del Prado w Madrycie. 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kosy dobrze nasadzone albo widły żelazne

Podczytuję sobie różne artykuły ze starych "Przeglądów Historycznych", z całego XX wieku (i to legalnie dostępnych online). W artykule Tadeusza Nowaka, opisującym chłopskiego bohatera Potopu - Kaspra Kasprzyckiego - znalazłem bardzo ciekawe informacje dotyczące przygotowania piechoty chłopskiej w czasie blokady Krakowa jesienią 1656 roku. Dowodzący zgrupowaniem polskim Lubomirski próbował zgromadzić jak największą ilość piechurów, niezbędnych do prowadzenia oblężenia i szturmów. Pozwolę sobie zamieścić akapit z tego artykułu, bo można tam znaleźć bardzo ciekawe wątki.

sobota, 22 kwietnia 2017

Kącik polemiki - odsłona III


Dawno nic nie było w kąciku polemiki, ale szybko to naprawimy. Natknąłem się na krótki artykuł internetowy p. Michała Łukaszewskiego, zatytułowany Reformy wojskowe Gustawa II Adolfa. Można się z nim zapoznać tutaj. Niestety jest on najeżony błędami, postanowiłem się więc się nieco temu przyjrzeć. Wszystkie poniższe fragmenty kursywą to cytaty z rzeczonego artykułu. Wynotowuje co najbardziej przykuło moją uwagę, co nie znaczy że zajmę się wszystkimi błędami.

Już we wstępie widzimy, że będzie moc, czytając że król stworzył potężną armię, która wielokrotnie pokazała swą siłę na polach bitew całej Europy – Breitenfeld czy Lutzen. Jakoś nie kojarzę, by Szwedzi walczyli np. na Wyspach Brytyjskich, w Hiszpanii czy Italii, więc owa cała Europa to niezła przesada. A zaliczanie Lutzen – gdzie Szwedzi stracili króla i znaczną ilość swoich weteranów – do pokazu siły armii szwedzkiej jest grubą przesadą.

Według Autora w czasie poboru narodowego [podpowiem – nazywało się to utskrivning] z każdej dziesiątki mężczyzn na wojnę wybierał się jeden, w pełni umundurowany i uzbrojony. Co tam że w źródłach z epoki (chociażby Hoppe, Piasecki a nawet sam król Gustaw II Adolf) mamy wzmianki o obdartych szwedzkich chłopach, którzy wyglądali jakby byli oderwani od pługa. Z uzbrojeniem (dokładnie rzecz biorąc bronią białą) też bywało słabo i to właśnie w przypadku krajowej piechoty szwedzkiej. Więc na pewno nie było tak dobrze, że żołnierze byli w pełni umundurowani i uzbrojeni.
Nie jest prawdą, że trzy regimenty tworzyły brygadę. Nie było żadnej reguły, jako że brygady formowano ad hoc, a składały się z od jednego do pięciu regimentów. Gros brygad składało się zresztą z regimentów najemnych, a nie krajowych. Zapewne chodzi o tzw. brygadę szwedzką, która składała się z 3, a przejściowo 4 skwadronów piechoty. To jednak inna bajka niż regimenty.

Kompania piechoty nie składała się z 75 muszkieterów i 55 pikinierów, a z 72 muszkieterów (3 kapralstwa po 24 ludzi) i 54 pikinierów (3 kapralstwa po 18 ludzi). Muszkieterzy na pewno nie używali szabel, z kolei szturmak był dla nich wymogiem tylko w początkowej fazie wojny z Rzplitą. Nie jest prawdą, że w 1631 roku król wprowadził po raz pierwszy regiment składający się z jedynie z muszkieterów – z taką jednostką mamy już bowiem do czynienia w 1628 roku w czasie kampanii w Prusach.

Autor błędnie opisuje sztaby kompanii i regimentów piechoty:
- w sztabie kompanijnym zabrakło porucznika, chorążego, dwóch sierżantów, podchorążego (podoficera asystującego chorążemu), 4 służących. Podpowiem też – żołnierzy wyposażeni w bębny to dobosze. Brak wzmianki o passevolantach
- w sztabie regimentu nie ma w artykule podpułkownika, majora, 4 profosów, kata. Pojawił się za to oficer artylerii i sierżant-major, którzy  w regimentach szwedzkich nie występowali. Jest też dwóch zagadkowych kapitanów, których w sztabie regimentu nie było.

Owe cztery elitarne regimenty armii szwedzkiej to jednostki najemne (kolorowe regimenty), o czym Autor zdaje się nie mieć pojęcia. Co lepsze, gwardia piesza o której mamy wzmiankę kilka linijek niżej nie była jakoś wyjątkowo silna, składała się bowiem raptem z jednego regimentu i jednej (przejściowo dwóch) kompanii. Co lepsze, ów regiment to właśnie jeden z owych elitarnych regimentów (Żółty), co znów nie jest wspomniane w tekście.

Wzmianka o posiłkach niemieckich czy angielskich jest mocno kuriozalna, wskazywałaby bowiem na wsparcie sojuszników. A chodzi wszak o oddziały najemne, rekrutowane w krajach niemieckich, Anglii i Szkocji (o czym znów Autor nie wspomina). Stanowiły one zresztą od 1630 roku przeważającą większość  armii szwedzkiej.


Przechodzimy do kawalerii. Kornet jazdy to nie szwadron, tylko kompania . W sztabie kornetu w artykule znów zabrakł chorążego, za to pojawił się sołtys (to jest wręcz przepiękne!). Sztab regimentu jest w porządku, brak jednak informacji że chodzi o regiment krajowy. Generalnie Autor w przypadku kawalerii nie rozróżnia kompanii i regimentów krajowych i regimentów. W armii szwedzkiej nie było czegoś takiego jak kawaleria lekka- zwiadowcza. Nie wiem też, o co chodzi Autorowi ze stwierdzeniem o kawalerii ciężkiej – uderzeniowej, wyposażonej w dodatkowe płyty pancerne i okrycia wierzchnie. Czyżby Autor implikował, że reszta jazdy szwedzkiej walczyła bez ubrań? Ech ci Skandynawowie, tfu…

W akapicie o artylerii mamy powtórzoną za J. Teodorczykiem wyliczankę szwedzkiej artylerii pod Gniewem w 1626 roku, która jednak dotyczy całego szwedzkiego parku artyleryjskiego zabranego w tym roku do Prus. Działa te nie mogły być wszystkie użyte na polu bitwy, bo armia szwedzka nie miała po prostu na tym teatrze działań zbyt mało puszkarzy. Założenie, że jedno działo przypadało na 120 żołnierzy jest więc błędne.

Znajdujemy też cuda w typie szefa policji wojskowej czy szefa wywiadu. Pusty śmiech wzbudza stwierdzenie, że w armii szwedzkiej wprowadzono też regularną płatność żołdu żołnierzom. Zapewne problemy finansowe Królestwa Szwecji i sposób w jaki wypłacano (a raczej nie) żołd nie są Autorowi znane. Dalej czytamy, że nie wiadomo jednak, jaki by wówczas cennik na towarów spożywczych czy luksusowych – tu znów podpowiem, że jednak wiadomo, tylko XIX-wieczny amerykański oficer na którym się Autor w dużej mierze opierał miał małe pojęcie o czym pisał…

Tu przechodzimy do kwestii będącej podstawą tylu błędów Autora – fatalnego doboru bibliografii. Praca Dodge’a z 1895 roku, będąca tu najwyraźniej podstawą informacji, to przyjemna lektura, ale najeżona błędami. J. Teodorczyk zasłynął niestety z tego, że źle interpretował informacje ze Sveriges Krig, stąd też opierani się o jego badania do niczego nie prowadzi. Żeby daleko nie szukać, wciąż w sieci wisi (już od 9 lat) moje krótkie zestawienie o armii szwedzkiej, gdzie Autor znalazłby nieco dokładniejsze informacje (stare, więc jakieś tam błędy są, ale się trzyma jak Alt-Blau pod Lutzen...). Wydawane od pewnego czasu przez NapoleonaV „Szwedzkie wojny” to wciąż, mimo upływu lat, najlepsze opracowanie o armii szwedzkiej Gustawa II Adolfa i reformach króla. Ba, nawet dwa Ospreye o tej armii autorstwa Richarda Brzezinskiego to – w skondensowanej jak to w Ospreyu formie – bardzo dobre opracowanie tematu. Jeżeli więc Autor naprawdę interesuje się epoką (a widząc ile napisał takich artykułów na portalu, wnioskuję że bardzo) sugerowałbym nieco lepszy dobór lektur, zwłaszcza przed zabraniem się do pisania.



piątek, 21 kwietnia 2017

Z kubków srebrnych będzie też drużyna pić


Z jednym z wpisów opublikowanym kilka lat temu (zawsze mnie śmieszy takie stwierdzenie)  wspominałem postać znanego zagończyka, Gabriela Hołubka, który w 1587 roku dowodził obroną Rabsztyna a w 1588 roku zginął pod Byczyną. Dziś znalazłem bardzo ciekawy opis „małej wojny” jaką rotmistrz (przy wsparciu okolicznych górników) toczył z wojskami Maksymiliana pod Rabsztynem. Informacja jaką Jan Zamoyski wysłał Annie Jagiellonce nie jest zbyt obszerna, ale podkreśla sukces Hołubka. Był to dodatek do listu od kanclerza do królowej, datowanego na 17 października 1587 roku:
Po napisaniu tego listu nasi z Rapsztyna 150 junckrów jez[d]nich pod Rabsztynem i 200 pieszych porazili. Starci junkrowie byli: Hans Lokieich won Lorz, Krzysztoff won Lorz, Saifergie, Promnik. Prochu co posłali Wrocławianie Maxymilianowi pobrano wozów było 50, 20 [z tego] rozszarbali górnicy, 30 wzięto na zamek z prochy, co Wrocławianie posłali i [od] których listy są [z]naliezione, z półhaki i z inszemi rzeczami. Z kubków srebrnych będzie też drużyna pić. Pogłowia wszystkiego z woźnicami i z sługami etc. 600 liudzi nalieziono.

Łup musiał więc być znaczny,  wszak wspomniano owe srebrne kubki , widać też jak uciążliwe dla wojsk Maksymiliana musiały być działania garnizonu Rabsztyna. Ciekawa jest wzmianka o tym jak część zdobytych wozów zostało zrabowanych przez górników, najwyraźniej Hołubek miał nieco problemu z kontrolowaniem niesfornych sojuszników.  

środa, 19 kwietnia 2017

Ubrawszy się w stroje niemiecki


Krótka przerwa we wpisach ‘obrazkowych’, ale też okazja świetna – znalazłem bowiem bardzo ciekawą notkę o napadzie kujawskich chłopów na dwór Jadwigi Nieszczewskiej. Co prawda w artykule o którym to wspomniano brak dokładnej lokalizacji wydarzenia, nie też wzmianki o dacie (chodzi jednak zapewne o rok 1658), to pewien szczegół owego napadu jest niezwykle interesujący. Otóż pachołkowie chłopa Iwańskiego ze sobą się namówiszy i porozumiawszy postanowili jednej niedzielnej nocy napaść na dwór szlachcianki. Wpadli jednak na bardzo specyficzny pomysł: ubrawszy się w stroje niemiecki, cudzoziemski, zmyśliwszy sobie mowę niemiecką, zdawając się na żołnierza szwedzkiego. Trzeba przyznać, że nawet jak na warunki XVII wieku to fortel nietypowy, zwłaszcza to używanie zmyślonego języka niemieckiego. Jak widać cel uświęcał (zbójeckie) środki…

wtorek, 18 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXI



Ostatnio sporo „siedzę” w klimatach XVII-wiecznej armii hiszpańskiej, dzięki czemu cykl „malarski” wzbogaci się o kilka wpisów. Będzie to jakiś oddech od niderlandzkich podręczników do zabaw piką i innym żelastwem.
Dziś zaprezentuje się nam Antonio de Pereda (1611-1678), który słynął z malowania martwej natury, ale i pięknych obrazów historycznych. Powyżej podziwiać możemy Odsiecz Genui, namalowaną w 1635 roku. Rzecz dotyczy hiszpańskiej wyprawy z wiosny 1625 roku, kiedy to flota hiszpańska przyszła z odsieczą Genui, oblężonej przez wojska francusko-sabaudzkie. Hiszpańskimi okrętami i przewożonymi na nich osławionymi tercios dowodził Alvaro de Bazan, drugi markiz Santa Cruz. Oficer to już wtedy nie najmłodszy (bo urodzony w 1571 roku), jednak bardzo doświadczony – przede wszystkim jako dowódca galer na Morzu Śródziemnym.
To właśnie te okręty widzimy na drugim planie, możemy na ich pokładach podziwiać groźnych weteranów hiszpańskiej piechoty. Na brzegu entuzjastycznie wita ich tłum Genueńczyków . Sam Santa Cruz, w przepięknej zbroi, wzorowanej jakoby na tej z jednego z portretów króla Filipa II,  ukazany jest w centrum. Tuż obok niego widzimy kilku oficerów hiszpańskich oraz pazia niosącego hełm swojego dowódcy.
Po lewej strony przedstawiciele rządu Republiki, na czele z dożą. Uwagę zwracają także halabardnicy (zapewne genueńscy) otaczających dożę.

Muszę przyznać, że bardzo mi się to malowidło podoba. Jak dobrze że to, jak i inne podobne dzieła, przetrwało do naszych czasów i wciąż możemy je podziwiać. Więcej Hiszpanów już wkrótce…